DROGA MANALI - LEH cz I


Po tygodniu dotarliśmy wreszcie do przedsionka Himalajów. W Manali zmieniliśmy samochód na terenowy, oraz kierowcę, który czuł się na wysokościach jak ryba w wodzie. Miał nam towarzyszyć przez prawie trzy tygodnie. Nazwaliśmy go Stasiu, bo jego imię było nie do zapamiętania. 

 

Szybko przywykł do swojego nowego imienia. Na każde zawołanie "Stasiu" odpowiadał "yes sir". Pomimo swojego młodego wieku, okazał się być świetnym kierowcą i towarzyszem podróży.




Podekscytowani ruszyliśmy w kierunku Leh, stolicy Ladakhu.  Do tej Podniebnej Krainy można dostać się na trzy sposoby. Pierwszy, droga kołową z Manali, drugi również drogą kołową ze Srinagaru w Kaszmirze, trzeci natomiast, najmniej ciekawy, ale najkrótszy, przylatując do Leh z Delhi. My wybraliśmy tę pierwszą. Zaplanowaliśmy ją na trzy dni. Mieliśmy do pokonania 485 km. Z racji widoków i wysokości jest jedną z najpiękniejszych i najtrudniejszych dróg świata. Była ona dla mnie jednym z największych podróżniczych wyzwań.

Biegnąc z południa na północ Himalajów, szlak przecina trzy wysokie przełęcze. Nie bez kozery Ladakh nazywany jest Ziemią Wysokich Przełęczy. Nie jest to wyjazd dla wygodnickich i słabych na zdrowiu. Wysokości jakie się pokonuje mogą dawać się nieźle we znaki. Trudy wyprawy są wynagradzane przez jedne z najbardziej spektakularnych i różnorodnych krajobrazów górskich na świecie. To doskonałe piękno można oglądać od niedawna.  Obszar ten dla turystyki otwarto dopiero w 1974 roku.

Podróż tę, tak jak już pisałam na wstępie, zaczęliśmy w Manali, takim indyjskim Zakopanem. Miasto jest ważną górską stacją, położoną u podnóża południowej strony Himalajów.

Pogoda na starcie nie wyglądała zbyt obiecująco. Nocna ulewa mocno nasączyła podłoże drogi, po której mieliśmy jechać. Na dodatek, co chwila padający deszcz pogarszał warunki jazdy. Duża wilgotność powietrza przy niskiej temperaturze też dawała się we znaki.  

Nasz Stasiu mówił, że na tej trasie można spodziewać się wszystkiego. Może zejść błotna lub kamienna lawina, która całkowicie uniemożliwi dalszą jazdę, a śnieg w środku lata nie jest czymś nadzwyczajnym. Jednak najgorsze co może się przydarzyć, to wypadki lub awarie ciężarówek, których na tej trasie jest niezliczona ilość. Potrafią one całkowicie sparaliżować ruch w obie strony. Wtedy nie ma innego wyjścia jak cierpliwie czekać. Nigdy nie wiadomo jak długo. Nasz Stasiu nie przesadzał nic a nic.



Jazda po tej drodze często zamienia sie w koszmar. Ciągłe przystanki, mijanki na centymetry nie należą do najprzyjemniejszych, zwłaszcza jeśli nasz samochód jest po zewnętrznej stronie drogi. Wiele razy moje serce waliło jak młot. Wielkie ciężarówki praktycznie nie zostawiają  miejsca dla mniejszych pojazdów. Dodatkowo fatalna jakość drogi nie ułatwia sprawy. Nawierzchnia jest grząska, wybita, z masą dziur, które trudno ominąć. Ale jak je omijać, gdy taki ruch, jak na tym zdjęciu poniżej?


Po drodze mija się punkty przystankowe dla ciężarówek. Na tej trasie ciężarówek, wyładowanych po brzegi, jeździ więcej niż samochodów osobowych. Przewożą wszystko: jedzenie, paliwo, materiały budowlane, wyposażenie dla wojska. Zaledwie cztery miesiące w roku muszą wystarczyć  na zaopatrzenie rejonu  w potrzebne artykuły. Potem biały puch przykryje wszystko i odetnie Ladakh od świata  na osiem miesięcy. Droga Manali- Leh jest więc drogą strategiczną. Jest nieustająco remontowana, ale przy tak ekstremalnych warunkach geograficznych i pogodowych nie da się jej utrzymać w należytym porządku.


Częste, wymuszone przystanki pozwalają na spontaniczne rozmowy i spotkania z pasażerami innych samochodów. Miejscowi turyści jadą przeważnie na pierwszą przełęcz, aby nie tyle zachwycić się pięknymi widokami, co zobaczyć śnieg. Jeszcze w Manali wypożyczają w przydrożnych budach staromodne kombinezony. Wyglądają  w nich prześmiesznie. Ponadto każdy przystanek, to świetna okazja do zrobienia zdjęć. A jest co fotografować. Można tez w tym czasie coś przekąsić. Na skraju drogi siedzą właściciele "małej gastronomii" i pichcą. W Indiach pomysłowość ludzka nie zna granic.

Po 50 km nieustających zakrętów i podjazdów wreszcie docieramy do pierwszej przełęczy Rothang. Pogoda na przełęczy radykalnie się zmieniła. Wyszło słońce i widoki jakie ujrzeliśmy po raz pierwszy powaliły nas na kolana. Przełęcz jest położona na 3979 mnpm. W dosłownym tłumaczeniu  oznacza " stos pomarłych ciał". Swą nazwę zawdzięcza temu, że licznie ginęli tu podróżni z wychłodzenia, wysokości, wyczerpania. Zimą na przełęczy leży kilkanaście metrów śniegu. Od października obfite opady śniegu uniemożliwiają pokonanie przełęczy. 


Przełęcz Rothang  to przedsmak wysokich przełęczy, które dopiero były przed nami. Droga ta wiedzie przez trzy wysokie przełęcze: BarlachaLa 4892mnpm, LachlungLa 5065mnpm, TanglangLa 5329mnpm. Nacieszywszy oczy boskim widokiem z przęłeczy Rothang ruszamy dalej. Za sobą zostawiamy zielony Himachal Pradesh. Zaczynamy wjeżdżać w coraz surowsze krajobrazy. W czasie całej drogi do Leh mijaliśmy ludzi pokonujących tę trasę na motorach Royal Enfield .Te kultowe motory, rodem z Indii są stworzone właśnie do takich specjalnych zadań.


Pomału zjeżdżamy z przełęczy. Dojeżdżamy do miejsca , gdzie zatrzymują się rejsowe autobusy i  busiki. Tak jak wszyscy, udajemy się na mały posiłek. W tej różowej budzie jadłam najlepsze tybetańskie pierożki momo.

Nasz pierwszy nocleg zaplanowany mieliśmy w miasteczku Keylong, w Dolinie Lahoul, położonym na 3440m. Powoli przyzwyczajaliśmy się do większych wysokości. Ta mieścinka zatopiona pośród gór, odcięta od świata od października do maja, latem zaczyna żyć pełna piersią. Stanowi ważny węzeł  komunikacyjny. Z dworca odjeżdżają autobusy do pobliskich miejscowości. Tu też okoliczna ludność przyjeżdża na zakupy. W Keylong po raz pierwszy poczułam ducha buddyzmu. Wokół usadowiło sie kilka buddyjskich  klasztorów, a i ludzie przechadzający się po miasteczku wyglądali zupełnie inaczej niż Ci, których do tej pory spotykaliśmy.


Następnego dnia, wcześnie rano ruszyliśmy dalej. Czekały nas większe wysokości i jeszcze bardziej spektakularne widoki. Zależność jest taka- czym wyżej, tym piękniej.

Tak jak u nas na autostradach są stacje benzynowe  z zapleczem handlowym i gastronomicznym, tak na drodze Manali- Lech są punkty serwisowe, gdzie można  np załatać dziurawą dętkę.

W namiotach zwanych dhabach mieszczą się przydrożne bary, w których można całkiem dobrze zjeść. Zadbano także o to żeby podróżni zbytnio nie zmarzli w górach. Na straganach wiszą ciepłe skarpety, szaliki, czapki. Ruch na trasie Manali- Leh stanowi podstawowe źródło utrzymania ludzi z pobliskich wiosek.

Menu jak widać jest całkiem rozbudowane.




Ruszamy dalej, bo przed nami długi podjazd pod kolejna przełęcz - Barlacha La. Droga często wygląda jakby się miała zaraz skończyć lub jakby wcale jej nie było. Po kilku godzinach takiej jazdy bardzo docenia się gładź asfaltu. Jedenaście lat temu, jeszcze nie mieliśmy żadnego doświadczenia w jeździe off roadowej. Teraz pewnie podeszłabym do tego tematu z większym spokojem. Muszę przyznać z perspektywy czasu, że nasza Mahindra świetnie poradziła sobie w tych trudnych warunkach. Na tej drodze nie można niczego zaplanować a na pewno nie można planować godziny przyjazdu. Usuwanie tego osuwiska poniżej trwało trzy godziny. 

Na całej trasie na szczęście stoją spychacze. Takie sytuacje zdarzają się tu bardzo często. Wtedy najlepiej byłoby się przesiąść się na koniki i z miejscowymi ruszyć dalej.


Czas dłużył się niemiłosiernie. Zaczęło robić się nerwowo, bo nie było pewne, czy zdążymy przed zmrokiem do następnego noclegu. Tym razem miało to być obozowisko w Sarchu.  A przecież przed nami była jeszcze kolejna przełęcz. Nie wyobrażam sobie jazdy po tej drodze w nocy. Pogoda znów się załamała. W górach  Ladakhu nie tylko zmienia się co chwila krajobraz, zmienia się również pogoda. I to często na gorszą. Po dłużącej się drodze, wreszcie późnym popołudniem dojeżdżamy do pierwszej poważnej przełęczy - Baralacha La na 4.892 mnpm. Widoczność mieliśmy zerową, dookoła mleko i przeszywający ziąb. Odczuwaliśmy też znaczną już wysokość.


Za przełęczą góry znów zmieniły charakter. Zbocza ich wyglądały jak kamieniołom. Pokryte były żwirem, piargami i potrzaskanymi skałami. Przy niskich chmurach krajobraz wydawał sie jeszcze bardziej surowy .




Dzień był długi i męczący. Na szczęście udało nam się przed zapadnięciem zmroku dotrzeć do Sarchu Camp. Ale o tym i o kolejnym dniu drogi do Leh w następnym wpisie. 


Dzisiejszy wpis jest VI częścią wspomnień  z podróży do Ladakhu. Jeśli przyjdzie Wam ochota, aby przeczytać, co działo się wcześniej, to zapraszam tutaj: Część ICzęść IICzęść IIICzęść IVCzęść V

Wszystkie zdjęcia z posta zawsze można obejrzeć w formie pokazu slajdów klikajac na jakąkolwiek fotkę w poście.
Dziękuję i pozdrawiam Urszula



8 komentarzy:

  1. Offroad był niesamowity, uwaga cały czas napięta, co chwilę nowe sytuacje, a przecież nie prowadziłem. Teraz sobie przypomniałem, że w przeddzień wyjazdy przyjechał Stasiu, żeby nas poznać i umówić się na godzinę odpałki. Obejrzałem samochód - Mahindra to indyjska terenówka, ale opony były niefajne, zero bieżnika, takie slicki na suchy tor! 😀 🤣.
    Powiedziałem, że na takich oponach nie pojedziemy, trzeba je wymienić! Usłyszałem: Yes, Sir!
    Rano Stasiu przyjechał po nas i pierwsze, co zrobił, to oprowadził mnie wokół auta i z dumą pokazał komplet nowych opon! 😀
    Myślę, że pierwszy raz w życiu miał okazję jechać na nowych oponach! 😀 🤣 🤣 🤣

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, dokładanie tak było. Mysle, ze te opony długo potem jeżdziły.

      Usuń
  2. Fantastyczna przygoda, lekko i z humorem opisana i pokazana przez Ciebie. Stasiu ze swoim yes sir i punkt naprawy dętek rozwalił mnie. Przygoda to to była, myślę, ze teraz te drogi mogą być lepsze, ale znam ten strach. Widoki z przełęczy zachwycają, ten z końmi niesamowity jest. I ludzie ..... Super relacja, brakuje mi lektury takich prezentacji, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Gabi. Z tego co sie doczytałam,to drążą tunel albo juz skończyli po tą pierwsza przełeczą Rothang. Bardzo to wszystko by ułatwiło sprawę. Jak pojedziesz , to mi powiesz , czy tak jest rzeczywiscie. Dziekuje, ze przybyłas znów do moich Indii. Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  3. Czytając z "otwartą gębą" - jak to się mawia ;), przypomniała mi się droga w Gruzji do Omalo :).
    Ulko rozumiem Twoje obawy jadąc po zewnętrznej stronie drogi ;). Moje wspomnienia również ożyły!!!
    Widoki rewelacyjne, przygoda i wspomnienia bajka. Koniecznie nadrobię wcześniejsze wpisy i czekam z niecierpliwością na kolejne :). Uwielbiam Twoją lekkość pióra.

    Indie nadal pozostają w moich marzeniach!

    Ruch na drodze faktycznie spory a pan ze zdjęcia nr.7 trochę podobny do Freddiego ;)
    Rewelacja!!! Ściskam Monia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj Moniczko. Życzę Wam z całego serca podrózy do Indii. Miło, że zajrzałaś. Zapraszam znów oczywiście. A podróz po górach Gruzji takze może przyprawic o palpitacje serca. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie rewelacja i marzenie.Uwielbiam wszelakie wysokości i są emocje ale pozytywne,zero lęku!Nawet nad przepaścią.
    Lubię oglądać Twoje zdjęcia i czytać...za bystre oko i lekkość pióra.Pozdrawiam serdecznie��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lucy, witaj w moich skromnych progach. Teraz jestem bardziej obyra z ekstremalna jazdą. Dużo podróżujemy offroadowy. Jakość tamtejszych dróg i ekspozycje jakich się tam doświadcza powodują dreszczyk emocji. Dziękuję za ciepłe słowa. Pozdrawiam i zapraszam znów.

      Usuń

Copyright © PODRÓŻE Z KORDULĄ , Blogger